Inspirujący Polacy w Londynie – Ania Lichota

Anna Lichota

Anna Lichota, Szczecinianka, od prawie dwudziestu lat mieszka w Londynie. Żyła w dziewięciu krajach, pracowała w siedemnastu. Wszędzie na wysokich stanowiskach, w dużych korporacjach finansowych. Himalaistka. Jako trzecia Polka zdobyła Koronę Ziemi. Działaczka charytatywna. Zebrała m.in. środki na dwie szkoły w Nepalu. W sierpniu tego roku wyrusza na kolejną wyprawę na rzecz trzeciej placówki. Obecnie prowadzi własną firmę coachingową. Udziela inspirujących przemówień i szkoleń z rozwoju osobowego i liderskiego.

Jeszcze większe wrażenie niż jej CV wywiera na mnie jej hart ducha i spokój. Spotykamy się w jednej z kawiarni w city.

Anna Lichota

Jak pani trafiła do Londynu?

W 1996 roku przyjechałam na studia. Z jedną torbą, autobusem. I nie było mnie na nic stać.

Ale studia też były kosztowne.

Tak, dlatego napisałam listy do stu najbogatszych Polaków z prośbą o sponsorowanie. Odpowiedziało dwóch panów – Aleksander Gudzowaty i Zbigniew Jakubas. Gudzowaty zaoferował, że zapłaci za moje studia, pod warunkiem, że po ich skończeniu wrócę i będę u niego pracować. Odmówiłam. Brakujące pieniądze pożyczył mi znajomy Anglik – nauczyciel. Znałam go jeszcze z czasów, kiedy jeździłam na obozy językowe do Anglii. Umowę spisaliśmy na serwetce w kawiarni na Nowym Świecie. Pokazywałam mu wtedy Polskę.

Jak wyglądał pani pierwszy rok w Anglii?

Był masakryczny, chyba najtrudniejszy w moim życiu. Nie dojadałam, było mi zimno. Jadłam głównie ziemniaki, marchewkę i cebulę. No i czosnek, żeby być zdrową. Mieszkałam w trzeciej strefie, dużo chodziłam. Uczyłam się w pełnym wymiarze godzin, dodatkowo pracowałam. Zajmowałam się tłumaczeniami z angielskiego na polski. Pamiętam, jak jeden inżynier zlitował się nade mną i pożyczył mi laptopa. Później to było jedyne źródło ciepła w moim pokoju. Pracę magisterską pisałam na nim, w rękawiczkach bez palców, grzejąc się tą klawiaturą.

Jak pani dostała pierwszą pracę w zawodzie?

Dzięki mojej pracy magisterskiej. Odkąd pamiętam fascynowało mnie pytanie “jak być dobrym liderem?”. Moja praca dyplomowa polegała na tym, że przeprowadzałam wywiady z project managerami i pytałam ich o cechy dobrych liderów. Przeprowadziłam ich około dwudziestu ośmiu. Jak skończyłam ostatni wywiad, mój rozmówca zapytał mnie, czy teraz to on może mi zadać pytanie. Jasne, ale o co chodzi? Odpowiedział, że szukają kogoś, kto im pomoże rozwinąć biznes w Polsce. To była firma zajmujaca sie prowadzenie budow. Nie miałam pojęcia o budowlance! Mimo tego, po dziewięcioetapowym procesie rekrutacji dostałam tą pracę. To było niesamowite. Był rok 1997, Polacy nie mieli prawa do pracy w Anglii. Trzeba było napisać ogłoszenie do European Journal of Labour, co firma zrobiła specjalnie dla mnie, w taki sposób, aby wyeliminować wszystkich innych kandydatów. Jeszcze była policja i inne formalności, ale udało się. Firma zasponsorowała mi wizę pracowniczą. Zaczęłam latać między Londynem a Warszawą, założyłam w Polsce firmę i zarządzałam dwudzisto jedno osobowa brygada inzynierow i budowami przez dwa lata… (śmiech).

Dostała pani odpowiedź na pytanie co oznacza być dobrym managerem?

Tak. Podstawa to praca nad sobą. Im jesteś dojrzalszy sam w sobie, tym będziesz lepszym liderem. Bez ega, bez założenia, że już wszystko wiesz. W momencie, gdy mówisz, że wszystko wiesz, to świat już nie ma ci nic do zaoferowania. Ważne sa też stosunki z ludźmi. Nie powinne być oparte na własnych potrzebach, a na kontrybucji w rozwoj rozmowcy. Dlatego zostałam coachem. Po tych wszystkich latach w różnych firmach i przez chodzenie w góry, doszłam do tego, co jest najważniejsze. I teraz chcę sie tym z innymi dzielic. Mam niesamowite sukcesy w tej dziedzine.

Co panią skłoniło do pierwszej podróży?

Pierwszą szaloną podróżą był wyjazd samochodem z byłym chłopakiem, na południe Francji. Spaliśmy na plażach, grzaliśmy flaki w puszcze na silniku samochodu i myliśmy się pod prysznicami plażowymi. Była to świetna przygoda, dużo mi to dało.

A samego wirusa podróży zaszczepił we mnie ojciec. Jest Kapitanem Żeglugi Wielkiej i zawsze przysyłał nam pocztówki z odległych krajów. Urodziłam się w siedemdziesiątym trzecim roku, wszędzie były szare garniturki i ponura rzeczywistość. Przez wiele lat nie miałam paszportu, więc tym bardziej marzyłam o ‘zakazanych’ podróżach. To, że później dostałam paszport i mogłam wyjechać, było furtką w świat.

Z kolei w moją pierwszą podróż w góry pojechałam z siostrą, w Tatry. Było bardzo fajnie, tylko okazało się, że siostra ma lęk wysokości. Zawisła na klamrach na Zawracie i musieliśmy ją z nowo poznanymi kolegami ściągać.

Ania Lichota
Arch. prywatne

A pani pierwsza podróż w wysokie góry?

Z moim byłym mężem. Byłam przerażona. Pojechalam w Alpy, z trzema facetami. Z byłym mężem graliśmy dużo w squasza, ale generalnie nie byłam przygotowana fizycznie na takie wyprawy. Prawdziwą przygodę z wysokimi górami rozpoczęłam w 2006 roku,  po tym jak przewodnik rzucił hasło ‘korona ziemi’ w 2004. Spodobała mi się idea podróżowania po świecie w ten sposób – zdobywając najwyższe szczyty.

Czego nauczyły panią góry?

Przede wszystkim pokory i tego, że jesteśmy pyłkiem. Niczym w stosunku do Wszechświata. Także  pokory w stosunku do tego, co przychodzi. I brania odpowiedzialności za wszystko, co się robi, do końca, do bólu. Pamiętam taką scenę, gdy schodziłam z Everestu. Byliśmy zieloną ekspedycją, więc wszystko trzeba było ze sobą zabrać z powrotem. Gdy pakowałam wlasną kupę, całe szczęście zamarzniętą, do swojego plecaka, to pierwszy raz pomyślałam, że biorę za siebie pełną odpowiedzialność. Tak naprawdę my tutaj outsourcujemy bardzo dużo. Decyzje, które podejmujemy, to, co jemy, jak gotujemy. Żyjemy bardzo na powierzchni. Góry nauczyły mnie pełnej odpowiedzialności. Za to jaki mam charakter, jakie mam intencje. I bardzo głębokiej samoświadomości, którą później pogłębiłam w czasie medytacji, jogi i różnych praktyk oddychania.

Nauczyły mnie też zupełnie innych kontaktów z ludźmi. To jest niesamowite, jak można na zawołanie zaufać drugiemu człowiekowi. Wiszę z nim na linie i właściwie moje życie zależy od tego uścisku ręki, i jego też. Jest takie powiedzenie “you have to earn my trust”. A ja to przewróciłam do góry nogami i stwierdziłam, że jeśli jesteś dorosłym, dojrzałym człowiekiem, to ty dajesz zaufanie. To jest twoje ryzyko, czy cię ludzie zawiodą i jak ty na to zareagujesz. Zmieniłam także stusunki z rodziną.

Arch. prywatne
Arch. prywatne

Co ma pani na myśli?

Ten mój wyjazd do Londynu to była tak naprawdę ucieczka z domu. Dzięki górom udało mi się wszystko naprawić, zmienić. Jest tak, że zmieniasz się dopiero gdy ci inni mówią, że się zmieniasz. Wierzę, że musisz się zmienić o sto procent, aby zmiana w postrzeganiu ciebie przez innych zmieniła się o dziesięć procent.

Jak wygląda pani dzień?

Wstaję o 5.30 rano, także w soboty. Medytuję, robię tzw. kryję, potem idę na godzinę na siłownię. Pracuję z domu, albo z mojego biura na Canary Wharf. Spotykam klientów, wystawiam rachunki, przyjmuję zamówienia, po prostu prowadzę jednoosobowe przedsiębiorstwo. Bardzo lubię spędzać czas i poznawać klimat organizacji, w której mam przeprowadzić “inspiratoinal talk”. Uwielbiam to. Po niektórych sesjach czuję się wręcz orgazmicznie. To, że otwieram ludziom możliwości na to, co myśleli, że jest niemożliwe, daje mi niesamowitą satysfakcję i spełnienie.

Dlaczego o 5.30 rano? Ja bym nie dała rady.

A dlaczego nie? (śmiech). Bo im dłuższy dzień, tym się więcej zrobi. Poza tym to, to że powinno się spać osiem godzin też jest przyzwyczajeniem. Moim kolejnym odkryciem jest  zarządzanie energią. Wiele rzeczy ma na nas wpływ. To, co się je i pije, ubranie, czy wybieramy włókna syntetyczne czy naturalne, jak się nastawiamy do świata… Dużą rolę odgrywa też śmiech. Jedna minuta śmiechu “z brzucha” podobno zastępuje godzinę snu. Więc ja się dużo śmieję.

Ważne też, żeby nie przeginać. Ja na przykład nie piję alkoholu, co ostatnio pomogło mi przetrwać kilka nieprzespanych nocy na weselach w południowej Francji.

Jak pani podchodzi do życia, ludzi, na codzień?

Jak chmura na niebie, której nic nie rusza (śmiech). Jak się spotkałyśmy, to skomentowała pani tłok w metrze. A mi ludzie w Londynie nie przeszkadzają. Jak jest tłok, to jest tłok. Każdy stan emocjonalny i umysłu przemija. Jest krótkotrwały. Nie ma sensu się w niego angażować, iść za tą frustracją. Bo za dwie minuty i tak będzie inaczej. Tak samo opinie innych ludzi nie mają żadnego znaczenia. Bo jutro będą inne. Poza tym najczęściej opinie ludzi o nas są odzwierciedleniem ich własnego wnętrza.

Jest pani osobą bardzo aktywną, ciągle w biegu…

Ja jestem kinestetykiem. Jak się ruszam, to mam dużo przemyśleń. Miałam taki moment, jakieś szesc lat temu, gdy chciałam wszystko sprzedać i wyjechać na jakąś małą farmę w Laos. Ale doszłam do wniosku, że łatwo jest być buddą w samotności. A na kolejny etap rozwoju można tylko wejść poprzez spotykanie się z innymi ludźmi. Bo to własnie inni ludzie naciskają w nas guziki, na które reagujemy. Nasze reakcje wywodzą się z przeszłości, która jest zamknięta w naszej podświadomości. Dopóki nie włączymy takiej kamery wewnątrz nas, która zweryfikuje, dlaczego zachowujemy się tak, lub inaczej, nie będziemy mogli zmienić tych przyzwyczajeń.

Ania Lichota w Nepalu
Ania Lichota w Nepalu. Arch. prywatne

Prowadzi pani sesje motywujące, także na zlecenie dużych firm. Co pani mówi ludziom w korporacji?

Nie każdy jest gotowy na samorozwój. Trzeba być na pewnym etapie świadomości, że coś nie gra w życiu. Że pójść do biura, wrócić, zjeść i i iść spać to nie wszystko. Zmiana wymaga pokory. Później jest poznanie swoich granic i umiejętność poproszenia o pomoc, gdy jej potrzebujesz. Odwaga. Ale nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, aby pomimo strachu iść dalej. Tak naprawdę nie ma żadnego zabezpieczenia. Ani tego, że zawsze będziemy mieć pracę, ani że będziemy mieć emeryturę. Ale ja im nic nie mówię. Ja im tylko zadaję pytania dotyczące życia.

Jakie?

O definicję szczęścia. Czy to jest ich definicja, czy ich mamy, ojca, żony, znajomych, magazynu, który przeczytali. W większości przypadków okazuje się, że są w takim nieświadomym wyścigu, aby komuś dorównać. Nie żyją w zgodzie z samym sobą. Jadą na tym samym wózku, którym wcześniej jechali ich rodzice, a wcześniej dziadkowie. Bez zastanowienia. Niekiedy okazuje sie ze opinie ludzi o swiecie maja 75-90 lat (dwa-trzy pokolenia do tylu) a obecny swiat tak bardzo sie zmienia. Pytam też o to, co chcą osiągnąć przed śmiercią, gdzie siebie widzą za dziesięć lat.

Na podstawie ich odpowiedzi tworzymy długoterminową wizję takiej osoby. I to nie zawsze chodzi o zmianę pracy. Raczej o zmianę podejścia, głosów w głowie. Ja mam takie powiedzenie, “you only know what you’re capable of, until you tried”. I to dotyczy wszystkiego. Gry na instrumencie, nauki języków, umówienia się na randkę z tym, kto cię pociąga, a nie zgadzanie się na miłość, na która uważasz, że zasługujesz.

Pyta pani swoich „podopiecznych” o plany na przyszłość, ale jednocześnie mówi pani, żeby nie planować.

To bardziej chodzi o definicję szczęście, o pasje, o poznanie samego siebie, a mniej o zdefiniowanie i kiedy to sie stanie. Bo jak się zdefiniuje swoją przyszłość, to się ją zamyka. Dostałam ostatnio pytanie, czy lepiej planować, czy się poddać, po angielsku “surrender”.  Trudno to przetłumaczyć na polski. Takie zawierzenie, poddanie się, ale bez białej chusteczki, tylko z pokorą. Ja uważam, że ktoś, kto ma odwagę zawierzyć temu, co się stanie, osiąga więcej, niż ten, kto sobie zaplanuje ten swój ogromny sukces.

Czyli “go with the flow”?

Tak! Ja wierze gleboko w Tao. Polecam książki Osho, filozofa indyjskiego. Niesamowicie otwierają oczy na tematy takie jak kreatywność czy miłość. Najlepiej zostawić otwartą furtkę, aby życie nas zaskakiwało. Właściwie my możemy zaplanować tylko to, co znamy z przeszłości.

Słuchając pani, trudno mi wyobrazić sobie panią w korporacyjnym świecie „small talków” i wspinania się po drabinie kariery. Jak pani przetrwała tyle lat w korporacjach?

Przypięłam sobie łatkę “crazy Polish woman”. Dzięki temu wiele rzeczy uszło mi na sucho. Na przykład pytania, które zadawałam na spotkaniach, typu “ale po co my to robimy?”. W momencie, gdy się przestałam bać, wszystko zaczęło wychodzić. Wysyłano mnie na bardzo trudne projekty, gdzie musiałam przebijać się przez politykę, układy i mówić prosto z mostu. To mi w ogóle nie przeszkadzało, bo całe moje życie było poza korporacją. Te dziesięć czy czternaście godzin w firmie pozwalały mi robić to, co chciałam, poza nią. Byłam zresztą dobra w mojej pracy i ją lubiłam. Znalazłam też w firmie osoby, które miały podobne widzenie świata. Nazywalismy sie „real people club”. Też byli ambitni, ale nie znieczuleni. Mieli życie poza korporacją. Wspieraliśmy się nawzajem.

To nie jest tak, że wszyscy są jakimiś cyborgami. Zwłaszcza teraz zaczyna się renesans humanizacji biznesu. Znam wiele firm, które są bardzo ludzkie, na przykład Google czy Innocent. To całe “city” to są dinozaury, które będą musiały bardzo szybko się zmienić i niektore juz sie zmieniaja. Mam teraz jednego klienta, który jest CEO start-upu. Oni zupełnie inaczej myślą,  to są „millenials”. Ja tylko czekam na odwrócenie szali. Uwielbiam tych ludzi. Mają energię, iskrę w oku, chce im się.

Ostatnie dwa lata w korporacji były wręcz super, bo przygotowywałam się do tego, że odejdę. Prowadziłam pierwsze szkolenia, sprawdzałam, czy przejście na “swoje” się uda.

I chyba się udaje?

Tak. Nie narzekam (śmiech).

Podobno po przeczytaniu pani książki „Why the hell bother?” wiele osób pisze do pani listy z opowieściami o tym, jak zmienili swoje życie. Czy jakaś historia szczególnie panią zdziwiła?

Najbardziej poruszył mnie kolega z pracy. Kupił książkę, poprosił o autograf. Po miesiącu zaprosił mnie na lunch. Mówi  „słuchaj, ja nie przeczytałem twojej książki, ale moja żona przeczytała. Po dzwunastu latach małżeństwa schudła w sześć tygodni, zmieniła całą garderobę i wygląda niesamowicie sexy! Jestem zakochany i ożenił bym się z nią ponownie!”. To cieszy, chociaż ja tą książkę pisałam bez żadnych intencji. Pisałam sama o sobie. To były pytania, które sama sobie zadawałam.

Jak się pani odnajduje w Londynie?

W swoim życiu mieszkałam w wielu miejscach.  Między innymi w USA, Meksyku, Korei, Singapurze, Hong Kongu, Holandii, we Włoszech, w Estonii, w Rumunii… Londyn jest dla mnie skumulowaniem tych wszystkich miejsc i kultur. Uwielbiam tą różnorodność. Rzadko kiedy jest ona tak zmieszana. W każdej knajpie można usłyszeć co najmniej pięć języków. To jest bardzo wybaczający kraj, patrzący z pobłażaniem na obcokrajowców. Łatwo jest się tu zaaklimatyzować. Jak się tylko bardziej otworzy, wyjdzie z polskiej bańki. Oprócz pierogów i kapusty, można polubić też ine rzeczy. Bycie w Londynie daje niesamowicie dużo wolności. Loty są wszędzie. Uwielbiam wyjeżdżać na weekendy. Najczęściej na wieś, gdzie nie ma dużo ludzi.

Pani ulubione miejsce w Londynie?

Richmond park jest moją odskocznią. Jeżdżę tam bardzo wcześnie. Bardzo lubię tą ciszę przed porankiem. Wtedy całe miasto jest dla mnie. Przejeżdżam rowerem na wszystkich czerwonych światłach, widzę, jak miasto budzi się do życia. Lubię też odkrywać samo city, to za sprawą mojej siostry, która jest architektem. Ma mnóstwo ciekawych zakątków i bogatą historię. Lubię na przyklad stację kolejową St. Pancras.

Londyn ma niesamowite sekrety, na przykład Regents Canal. I ma skalę człowieka. Budynki nie są tak wysokie, jak w Nowym Jorku. Widać tu niebo, nie wieje tak bardzo. Jest też fajnie rozwinięte. Stosuję teraz dietę wegańską i nie trudno tutaj znaleźć wegańską restaurację.Tego nie można powiedzieć na przykład o Paryżu.

Anna Lichota_natwlondynie_

Jakie ma pani spotrzeżenia na temat Polaków w Anglii?

Obserwuję często naszych Rodaków. My jesteśmy tacy ugrzecznieni.  Zastanawiamy się, czy na pewno można coś powiedzieć, wyrazić swoje zdanie. Nie umiemy mówić “nie”; wyznaczać swoich granic. A później, jak już jesteśmy na stanowisku middle management, to czasami ta nasza niepewność przeradza się w arogancję. To jest zabawne, bo aby pójść wyżej, musimy wrócić właśnie do tej pokory.

Co by pani poradziła Polakom, którzy chcą tutaj przyjechać?

Żeby przyjechali! Żeby też przeanalizowali swój system wartości i przekonań. Polacy mają tendencję do “undersell themselves”. Powtarzając sobie ciagle “ja nigdy nie zostanę managerem”, możemy mieć pewność, że nigdy się nim nie zostanie. Warto zweryfikować głosy w naszej głowie i iść na całość. To znaczy iść wbrew temu, co mówią politycy, mama, ksiądz, znajomy. Oni wszyscy projektują na ciebie swoje lęki i prywatne przekonania. Wierzę, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Do odważnych świat należy. Dopóki nie spróbujesz, nie będziesz wiedzieć.

Radzę też zrobić burzę mózgów na temat tego, w jaki sposób będziemy szukać pracy. Wypisać wszystko, co nam przychodzi do głowy. Prawdziwa kreatywność zaczyna się dopiero po dwudziestym pomyśle. Bo pierwsze dwadzieścia pomysłów to to, co innym też by przyszło do głowy.

Trzeba też wiedzieć, co nas kręci. Poznać swoje pasje w życiu. Chcesz być traderem? Jest ich setki. Pomyśl, co możesz zrobić inaczej, czym się interesujesz. Moje życiowe motto to “sukces jest pochodną tego, kim naprawdę jesteś”. Czyli skup się najpierw na sobie, na swoim rozwoju.

W jaki sposób?

Trzeba rozpoznać w sobie wzorki, które były nam wtłaczane od lat. One są bardzo subtelne. Ja je nadal w sobie odkrywam. To, jak się ubieramy, jak czeszemy włosy, jak na coś reagujemy – to są nawyki z przeszłości. A może mama ci tak mówiła? Jak się zaczyna wychodzić z tych nawyków, to tak, jakby odrywać kolejne warstwy cebuli.  Odkrywa się wtedy swoje piękno.

Pamiętam, gdy odkryłam, że jedząc w restauracji, nie trzeba zjadać wszystkiego, jak się nie może. Że to jest OK zostawić coś na talerzu.  Z domu wyniosłam przekonanie, że zawsze wszystko trzeba zjeść, bo mama się tak nacharowała. A także, że ludzie chodzą do restauracji nie po to, aby się najeść, tylko żeby porozmawiać. Od dziecka było mi wtłaczane zupełnie co innego.

Polecam też zrobić kursy, na przykład Landmark Education. Jest to trzydniowy kurs coachingu o życiu. Pozwala odróżnić decyzje, które ty sam podejmujesz od decyzji, które zostały podjęte za ciebie, wiele lat temu. I ty jedziesz na tym wózku, sprzed wielu lat, zakodowanym w twojej głowie. Polecam też kurs Art of Living, dzięki któremu odkrywa się inne warstwy samego siebie i rzeczywistości.

A tak poza tym, to w Londynie jest niesamowicie dużo „success stories”, nie tylko autorstwa Polaków. Także przyjeżdżajcie.

Jeśli chcecie przeczytać książkę autorstwa Anny Lichoty, kliknijcie tutaj.  Jeśli chcecie zakupić książkę z dedykacja i autografem wyślijcie wiadomość na adres whythehellbother@gmail.com.

Chcesz lepiej poznać Londyn?

Weź udział w darmowym 6-dniowym cyklu mailowym "Poznaj Londyn Mniej Znany". Poznasz w nim miejsca, o których rzadko wspominają przewodniki. Wszystkie do odwiedzenia za darmo.

Przekonasz się, że Londyn może być fascynujący - jeśli tylko dasz mu szansę!

Nie wysyłam spamu. Możesz zrezygnować z otrzymywania maili w każdej chwili. Powered by ConvertKit
Loading Disqus Comments ...
Loading Facebook Comments ...